Poprzedni temat «» Następny temat
Przed budynkiem
Autor Wiadomość
Austin Hartfield


Wysłany: 2018-03-29, 19:51   

#7

Austin od dnia właściwie gdy przeniósł się na stałe do White Oak nie miał nawet jednego dnia wolnego, takiego który spędził by na błogiej sielance. Ciągle tylko farma i farma, musiał wszystko uporządkować. Co prawda miał pomoc w postaci kobiety, która się tam wszystkim od dobrego roku zajmowała, ale nie chciał ciągle na niej polegać. Musiał sam stanąć na nogi i tak też powoli się działo. Dlatego dzisiaj mógł pozwolić sobie na odrobinę rozpusty w miejscowym barze. Z resztą od dawna chciał już tutaj przyjść, zobaczyć jak to wszystko się zmieniło. Nie rozczarował się bo to miejsce ciągle miało swój urok, może i też dlatego ciągle było tutaj tyle osób a o wolny stolik nie raz trzeba było się nieźle nagłowić, ale przyjść i znacznie wcześniej niż wieczorową porą gdy każdy z mieszkańców potrzebował chwili rozrywki i relaksu. Po zaledwie dwóch piwach Austin wyszedł na zewnątrz zapalić. Nie wiedział, że obowiązują tutaj jakieś reguły, przynajmniej aż tak rygorystyczne ale szybko się o tym przekonał gdy usłyszał kobiecy głos zwracający mu uwagę. Momentalnie odwrócił się do kobiety i wiecie co, zamurowało go bo przecież znał ją doskonale. Była pierwszą i miejmy, że nadzieję ostatnią, która mu zwiała. Po jednej upojnej nocy, która nie powinna się tak zakończyć. Było im razem dobrze, złapali wspólny język już od pierwszego momentu i Austin przez długi czas zastanawiał się co właściwie mogło pójść nie tak, gdzie popełnił błąd. Ale tego się nigdy nie dowiedział, może teraz go oświeci, kto wie tylko czy Lorna było skora do takich wyznań po roku milczenia.
- Co Ty tutaj robisz? Pracujesz w małpie? - musiał to wiedzieć, czy jest tutaj na stałe czy może przejazdem, nie chciał jej znowu dać zwiać, nie teraz gdy ją znowu znalazł. No chyba, że kobieta miała całkowicie inne plany, wtedy też niewiele i Austin mógł z tym zrobić, był skazany w pewien sposób na jej łaskę i nie łaskę. Chociaż nie ukrywał, że miło ją wspominał, nawet bardzo i z wielką chęcią kontynuował by te znajomość.
[Profil]
 
 
lorna mayfield
[Usunięty]

Wysłany: 2018-03-31, 09:16   

    [7]

Odkąd Lorna wróciła do White Oak życie powoli zaczynało się układać. W końcu miała mieszkanie, dostała pracę, no i w najbliższej przyszłości nie zamierzała nigdzie się wyrwać. Przynajmniej dopóki nie będzie miała pieniędzy, ale raczej innego wyboru nie miała jak wrócić do rodzinnego miasta, zaszyć się na dłużej i jakoś sobie życie ułożyć. Nawet całkiem zadowolona z tego była, ale ile czasu to potrwa aż ją korcić zacznie, żeby znowu stopem wyruszyć w świat? Denerwowało ją to, że tak niewiele jeszcze widziała, świat na nią czekał, a ona w miejscu stała i nie miała możliwości by doświadczyć tego wszystkiego. Nagle przyszły obowiązki dorosłego człowieka, czyli praca, bo przecież jakoś musiała zarobić jakoś na dom, opłaty i całą resztę, chociaż wcale jej to nie pasowało. Co nie zmieniało faktu, że całkiem podobała jej się praca w barze, mimo, że nie była przyzwyczajona do posiadania obowiązków, jakichkolwiek. Jak, na przykład, upominanie ludzi o tym, że palić nie powinni, nawet w pobliżu lokalu. Choć najbardziej zdziwiona była, że osobą, którą upomnieć musiała właśnie Austin był. Którego widziała kiedy? Chyba z rok temu? Chciała jak najszybciej wycofać się w najciemniejszy kąt, żeby jej nie zauważył, ale nie zdążyła. No, to wpadła. I to w większe bagno niż przypuszczała. Najpierw spotkała Remusa, a teraz to? Nie spodziewała się, że życie będzie ją nienawidziło aż tak bardzo. Może to była właśnie karma za te wszystkie kłamstwa i bajeczki, które wciskała wszystkim naokoło? Chyba tak. Teraz jak wiedział kim jest głupio jej było skłamać, że wcale nie, znowu zaoferować mu kłamstwo i schować się gdzieś. Za późno już na to było. No, wpadła. Po same uszy. I wściekła była, chyba najbardziej za samą siebie, że taka bezmyślna w tym wszystkim była. A nienawidziła niczego żałować. — No, pracuję, zgadza się — odpowiedziała, zaplatając ramiona na klatce piersiowej i patrząc na niego z obojętną miną. Mieszkała tu przecież teraz, pracowała, więc nawet nie było opcji by odpowiedziała mu nie. Zresztą, tutaj wszyscy się znali. Nawet z widzenia. Więc jej udawanie zupełnie bez sensu by było. — A ty co tutaj robisz? — zapytała, bo to też ją ciekawiło. Nie pochwalił się jej przecież, że do White Oak zamierza przyjechać kiedyś.
 
 
Austin Hartfield


Wysłany: 2018-03-31, 10:48   

Dla Austin'a było to całkiem miłe spotkanie, czego pewnie i nie mogła potwierdzić sama Lorna. Ale co się można jej dziwić skoro ich znajomość od początku zbudowała na kłamstwach. Teraz trudno było jej stawić im czoła. No i gdyby tego było mało zwiała mu z przed nosa, spędzili naprawdę miły wieczór a ona to wszystko w minutę przekreśliła. Miał je co Austin mieć za złe, ale chyba nie chciał tak poprowadzić ich znajomości, od jakichkolwiek pretensji zaczynając. Postąpiła tam a nie inaczej i teraz nie było co specjalnie płakać nad rozlanym mlekiem. Minął cały długi rok, ich życie potoczyło się w jakimś kierunku i pewnie zdążyli już o sobie zapomnieć. Nie musieli niczego rozdrapywać na nowo, mogli jeszcze coś fajnego z tego stworzyć, bo przecież tak dobrze im się ze sobą rozmawiało. O tym Austin nie zapomniał, dobrze ją wspominał i ten jeden co prawda krótki wieczór, który mu dała spędzić w swoim towarzystwie. Szukał jej, tak na drugi dzień w miejscach w których byli ale po odniesionej porażce w końcu sobie odpuścił. Los najwidoczniej napisał im taki scenariusz, może i by dzisiaj mogli się tutaj znowu spotkać, kto wie.
- Od dawna? - chciał wiedzieć czy ciągle miał ją gdzieś pod nosem i tak bardzo nie był tego świadomy? Przecież często odwiedzał dziadków w White Oak i nigdy na nią tutaj nie wpadł? To nie było takie znowu duże miasteczko, przeciwnie, wszyscy się tutaj przecież dobrze znali. Tylko, że Austinowi nigdy nie przyszło nawet na myśl by szukać ją w tego typu miejscu. Uważał ją raczej za miastową dziewczynę, która miała duże ambicje, chciała zwiedzać świat a nie osiąść w tego typu miasteczku w którym nie ma się co oszukiwać, że perspektywy za wielkie nie były.
- Palę, chociaż nie powinienem. - zażartował sobie bo przecież Lorna nie o to pytała, to mogła już śmiało samo wywnioskować kilka minut temu. - Niedawno przeniosłem się do White Oak, jakiś miesiąc temu by zająć się farmą po dziadkach. A zawsze myślałem, że jestem stworzony bardziej do wielkich miast, takich jak Nowy Jork, wiesz sama. - trochę zawiązał do ich ostatniego spotkania bo chcąc nie chcąc chciał wiedzieć co się wtedy właściwie stało. Nie miało to większego znaczenia czemu odeszła, przynajmniej na dzień dzisiejszy ale taka zwykła ludzka ciekawość trochę nim pokierowała. Co by było gdyby no i tym podobne. To było w jakiś sposób silniejsze od niego. Z resztą miał ją tutaj na wyciągnięcie ręki i nie miał zamiaru tego zmarnować bo kto wie czy znowu mu gdzieś nie ucieknie i zanim znowu się spotkają nie miną całe długie lata.
_________________
[Profil]
 
 
lorna mayfield
[Usunięty]

Wysłany: 2018-04-05, 23:29   

Już tak miała, że takie znajomości całkiem płytko traktowała. Bez przywiązywania się, budowania głębszych relacji, bo uważała to za coś niepotrzebnego, co tylko by ją rozproszyło. Dlatego też odeszła, bez żadnych wyjaśnień, bo uznała, że to całkiem zbędne będzie tym bardziej, że nie miała mu się z czego tłumaczyć. Mało się znali, ona sprzedała mu kłamstwo, on się dał nabrać i uciekła do innego miasta, kodując sobie w głowie, że spędzili całkiem miły wieczór, ale czas ją gonił i musiała ruszyć dalej. A nie miała czasu na wyjaśnienia, przeprosiny, cokolwiek podobnego. Sądziła, że przecież i tak go nigdy nie spotka, więc po co się trudzić? No i proszę, stało się zupełnie inaczej. Sprawiając, że zgłupiała jeszcze bardziej i zaczęła sądzić, czy teraz ktoś się nie mści na niej czasem za te kłamstwa, które wszystkim ludziom wciskała.
Lorna wzruszyła obojętnie ramionami. — Od jakiegoś miesiąca, może ponad — odpowiedziała. Też się wcześniej na niego nie natknęła, ani razu. Ani po swoim powrocie, ani nawet przed swoją wielką wyprawą. Ewentualnie mogła go znać, chociażby z widzenia, ale zwyczajnie nie zwracała nawet na niego uwagi, żeby cokolwiek z tego zapamiętać. Cóż, może i wyglądała na miastową, ale czy była ambitna aż tak? No nie bardzo. Zwyczajnie chciała się wyrwać gdziekolwiek, to ją jedynie trzymało. Bo wysoce prawdopodobne było to, żeby miała jeszcze jakieś oszczędności to znajdowałaby się hen daleko, szukając swojego szczęścia gdzieś indziej niż w White Oak.
No nie, karmisz raka, na własne życzenie — nie, żeby ona sama wcale nie paliła, ale jednak trzymała się zasad i jak ktoś tylko fajkę wyciągał i kopcił wokół lokalu to od razu takiego kogoś upominała. Jak wspomniał o Nowym Jorku, znieruchomiała odruchowo i zagryzła dolną wargę. — No, coś tam pamiętam. Ale nie przypuszczałam, że przywieje cię aż tutaj — po roku czasu prawdę mówiąc, trochę już zapomniała, ale nie przypominała sobie nic o tym, żeby mówił jej o tym, że pochodzi z takiej dziury jak White Oak. — Na długo zostajesz? — spytała z czystej ciekawości. Trochę się bała teraz, że zacznie jej zadawać niewygodne pytania. A po jego minie widziała, że chyba tak właśnie będzie i nie będzie miała szansy się wywinąć raczej.
 
 
Austin Hartfield


Wysłany: 2018-04-14, 16:55   

Każdy na swoim koncie mógł zapisać przelotne znajomości, takie które były pozornie dobre na raz i starczy. Często wtedy też kłamaliśmy, tak zwyczajnie budowaliśmy wersję lepszą od samego siebie, może dla zwykłej poprawy własnego ego? Skoro i tak z góry zakładaliśmy, że nigdy więcej się z tą osobą nie spotkamy to przecież mogliśmy wszystko, powiedzieć co nam się tylko żywnie nie podobało i nigdy nie ponieść za swoje słowa jakichkolwiek konsekwencji. Tylko co jeśli tak jak Lorna, spotkamy swoje demony przeszłości? Wtedy już nie było tak kolorowo i trochę zaczynaliśmy żałować swojego takiego a nie innego postępowania. Austin nie miał jej nic za złe. Może dzień czy dwa po tym jak ledwo co zniknęła, ale przecież od ich ostatniego spotkania minął cały rok. Już nie było czego specjalnie roztrząsać czy tym bardziej rozpamiętywać. Przecież mogli miło kontynuować tą znajomość, jeśli oczywiście będzie im dane. Chociaż patrząc wstecz ich losy lubiły się splatać, szkoda tylko, że tak strasznie rzadko jak do tej pory.
- Pochodzę z White Oak, więc pewnie na trochę tutaj zostanę. Teraz tutaj jest moje życie i wszystko co właściwie mam. - czy jej się to podobało czy nie będą na siebie wpadać. No chyba, że Lorna miała już w głowie jakiś plan by szybko stąd zwiać i ani nie oglądać się za siebie. A po niej właściwie można było się dosłownie wszystkiego spodziewać. - Z chęcią postawiłbym Ci piwo, ale pewnie aż tak swobodnych warunków pracy tutaj nie macie. Może kiedyś indziej się umówimy? Nadrobimy stracony czas? No chyba, że planujesz w najbliższym czasie gdzieś się ulotnić, bo raczej wolny z Ciebie ptak. - nie chciał od razu zasypywać ją górą pytań, co się stało, że wyjechała tak nagle i tym podobne. Przyjdzie jeszcze czas by o to zapytać, jak nie dzisiaj o jutro ale za jakiś czas. Często życie w błogiej nieświadomości było znacznie lepszą opcją niż prawda. Tak zwyczajnie. Z resztą dobrze sie razem bawili, mogli zawsze wrócić to tych lepszych wspomnień swojej znajomości a nie zaczynać od jakichkolwiek pretensji, które i tak niewiele by tutaj cokolwiek zmieniły. Z resztą ona już nie była tą samą Lorną, przynajmniej tak się na pierwszy rzut oka samemu Austinowi wydawało. Po roku wiele może się zmienić, z resztą czy on był też tym samym mężczyzną co w Nowym Jorku? Raczej wątpliwe.
_________________
[Profil]
 
 
lorna mayfield
[Usunięty]

Wysłany: 2018-05-18, 12:11   

Cóż, może i w kłamstewkach Lorny właśnie chodziło o ego? Albo najzwyczajniej na świecie lubiła sobie pogrywać z ludźmi, bo ją to po prostu bawiło. Bawiło ją to, jak łatwo dawali się nabrać bez odrobiny jakiegokolwiek wysiłku. Mayfield to wyłapała i teraz wciskała komu chciała już kłamstewka na swój temat albo i innych, bo to była dla niej tylko świetna zabawa. Cóż, zdarzały się momenty, że żałowała - jednak spychała to uczucie jak najgłębiej do swojej świadomości i myślała o tym, bo jednak uczucia nie były czymś w co chciała ingerować. Nie lubiła w nich grzebać, nie lubiła przywiązywać się do ludzi, to nie było w jej stylu. Ale, mimo wszystko, jak teraz tutaj Austina spotkała to miała lekkie wyrzuty sumienia i wspomnienia grzechów z przeszłości ją zalały, ale udawała, że ją to zwyczajnie nie obchodzi. I jest bez znaczenia.
No tak, to zrozumiałe — zakłopotana Lorna podrapała się po karku z kwaśną miną. No, czyli zapowiadało się na to, że było duże prawdopodobieństwo, że będą na siebie wpadać. I nie bardzo wiedziała czy ma się z tego cieszyć czy też nie. Bo przecież nikt nie lubił jak jego kłamstewka wychodziły na wierzch, prawda? A przynajmniej Lorna nie lubiła. — No nie, w pracy nie można pić. Tak jak w każdej innej zresztą — zauważyła. Trochę się obawiała tego, jak miałoby to ich spotkanie wyglądać, więc może to i lepiej? Nie była gotowa na poważne rozmowy z nim, więc tym lepiej dla niej, że jest w pracy i takiej swobody nie ma. — Możemy umówić się na kiedy indziej — wzruszyła ramionami z obojętną miną. I tak miało to nastąpić, więc po co miałaby się wymigiwać? Bez sensu. — I nie, nigdzie nie wybieram się aktualnie. Myślę, że pobędę tutaj jeszcze jakiś czas — odpowiedziała, przewracając teatralnie oczami. Sama, osobiście, bardzo chętnie wyniosłaby się z Białego Dębu i nawet nie obejrzała za sobą, ale pieniędzy nie miała, jakoś zarobić na te swoje podróże musiała, dlatego musiała jakoś przecierpieć i zostać w White Oak na trochę, żeby znowu mogła ruszyć w świat. I mącić ludziom w głowach, bo przecież to lubiła robić najbardziej.
 
 
Austin Hartfield


Wysłany: 2018-05-27, 12:14   

Każdy miał inny pomysł na życie i widział to wszystko inaczej. Z resztą młodość też rządziła się pewnymi prawami. A Lorna miała przecież jeszcze całe życie przed sobą i czas by popełniać błędu i ewentualnie wyciągać z nich wnioski. Chciała zakosztować różnych przyjemności i przygód, więc Austin nie mógł jej za to winić. Miała czas by zacząć traktować życie poważnie. Każdy z nas był przecież kiedyś młody, bawił się życiem, Austin jak nikt inny powinien to rozumieć. Dlatego też nawet nie miał większych pretensji względem Lorny. Była panią swojego losu i to też sie chwaliło. Bo to zawsze siebie powinniśmy kłaść na pierwszym miejscu a nie wszystkich innych w około kompletnie zatracając w tym swoje ja. Chociaż gdy przychodził czas i chcąc nie chcąc musieliśmy stawić czoła naszym dawnym czynom już nie było tak kolorowo.
- W takim razie dłużej Ci już głowy nie zawracam, jesteśmy umówieni. - dodał tylko, chociaż sam nie był pewny czy jeszcze na siebie wpadną. Lorna lubiła szybko zmieniać zdanie a też chyba nigdzie za długo specjalnie miejsca nie zagrzała. Po niej można było się spodziewać dosłownie wszystkiego. Ale i może w tym jej tkwił cały ten urok, który posiadała, że była tak naprawdę dla niego jedną wielką niewiadomą. Tajemnicą, którą tak bardzo chciała się odkrywać i odkrywać. - Do zobaczenia. - pożegnał ją lekkim uśmiechem i dłużej nie zwlekając oddalił się w stronę miasteczka. Mimo iż niczego specjalnie od niej nie oczekiwał, to jednak liczył, że jeszcze się spotkają i będzie im dane spędzić te kilka chociaż by minut. Miło ją wspominał no i dlaczego też by nie odnowić ich znajomości?

/ z/tx2
_________________
[Profil]
 
 
bruno roe






white oak
uprawiam ziemię
nie ma fal

Wysłany: 2018-06-02, 22:37   
  

  
I know that I messed it up Time and time again. I just wanna roll my sleeves up and start again. But I can't.
Bruno Roe

  
  
  
  
  
  
33

  


#3

Od spotkania z Daisy, które pewnie było maksymalnie kilka dni temu Bruno chodził rozstrojony. Nie potrafił sobie znaleźć miejsca, ani uspokoić myśli. Ciągle w głowie brzmiało mu to, że była z Noahem. Cóż... Najwidoczniej zawsze chodziło tylko o tego ćwoka i w żaden sposób Roe nie mógł z nim wygrać, być traktowany jako odrębna jednostka, bo pewnie non stop Daisy porównywała go do tego cud bóstwa, które wcale nim nie było. Dodatkowo też Bruno uważał, że Noah zwyczajnie podpierdolił mu żonę, kręcąc się niczym wąż nieustannie wokół Milligan aż osiągnąl swój cel. No i szlag go trafiał przez to wszystko, bo... To nie tak miało wyglądać. Tak więc choć ani Jane, ani jego matce, ani rodzeństwu się to nie podobało to Bruno chodził i co wieczór upijał się w Małpie, zaliczał panienki, wracał nad ranem i tak w kółko. Odreagowywał na swój sposób, wmawiając, ze to tylko i wyłącznie przez chorobę ojca, choć każdy wiedział, że spory wpływ na zachowanie mężczyzny miało obecne życie jego exżony, którego wyobrażenia nie mógł zwyczajnie znieśc.
Dzisiejszy wieczór nie różnił się niczym. Wypił już dwie kolejki, zagadał do jednej panny i szło mu całkiem nieźle. Korciło go jednak, żeby zapalić więc z alkoholem w jednej dłoni wyszedł przed lokal, żeby się trochę pozaciągać na świeżym powietrzu. I wtedy właśnie zobaczył, że do środka ma zamiar wejśc nie kto inny jak ten pieprozny Earnshaw. Zasmiał się kpiąco i krzyknął: -Hej, podpierdalaczu żon! - i zrobił kilka kroków w stronę Noaha, patrząc na niego kpiąco i oczywiście z wyższością. -Powiedz mi... Jak to jest patrzeć codziennie w lustro, widzieć swoją parszywą i zakłamaną mordę ze świadomością, że dla własnych przyjemności, rozpieprzasz życie innym ludziom? - zapytał zgryźliwe, uszyczpliwie, a jad wręcz wylewał się ze słów blondyna. Zaciągnął się papierosem i cóż... Nie odwracał głowy, kiedy wypuszczał dym z płuc. Bo po co? Noah w oczach Bruna nie zasługiwał nawet na minimlny szacunek. A cóż... Jeszcze nie wiedział, że oprócz żony, ukradł mu też córkę.
[Profil]
 
Multi: charlie
 
Noah Earnshaw


Wysłany: 2018-06-03, 15:18   

To wszystko było tak straszliwie pogmatwane. Noah nie był w stanie ułożyć sobie myśli w głowie, bez względu na to jak mocno próbował. Właśnie miał okazję zachowywać się wobec Daisy tak jak chciał przez te wszystkie lata, ale sytuacji wcale nie poprawiał fakt, że w oczach jego przyjaciółki była to tylko gra mająca na celu pokazanie jej byłemu mężowi, że nie ma tu czego szukać. Fakt, Earnshaw nienawidził go z całego serca – tak naprawdę za wszystko i jednocześnie za nic – ale nadal nie wydawało mu się to tak do końca w porządku. Zapewne przede wszystkim dlatego, że chciał więcej. Nie miał ochoty tylko udawać, nawet jeśli dla dobra swojego, Daisy i oczywiście małej Lottie. Pokochał małą całym sercem gdy tylko ją zobaczył, traktował jak swoją… A nawet za swoją już uważał. Przybycie Roe natomiast zwiastwało nadchodzące kłopoty. Jeśli tylko zorientuje się, że coś jest nie tak, że Charlotte ma jego geny, że… Że cokolwiek. Nawet jeśli swoim przyjazdem dał Noahowi szansę na chociażby pocałowanie jego wieloletniej miłości, okej, ale mógł zniszczyć całe ich życie, które spokojnie sobie układali. Nawet jeśli było kiepskie, nie powiedzieli sobie co do siebie czują, to przynajmniej byli razem. A potem zjawił się ten kretyn i droga do szczęśliwego zakończenia miała na sobie coraz więcej przeszkód.
Tego wieczoru wracał z patrolu i planował zajść na jedno piwo. Mijał Małpę, w domu mając tylko powrót do domu, ale życie postanowiło nie być tak łaskawe – potrzebował odprężenia, chwili sam na sam ze sobą i momentu na uporządkowanie myśli. Ale najwyraźniej byłoby za dobrze, gdyby udało mu się do baru chociażby wejść. Nagle usłyszał znajomy głos, należący do ostatniej osoby którą chciał dziś spotkać. Nawet nie powstrzymując irytacji wchodzącej na jego twarz, odwrócił się w stronę mężczyzny.
- Jak to jest być zakłamaną szmatą, która wmawia sobie, że nie zrobiła nic złego? Pogódź się z tym, Roe, rozwiodła się z Tobą. Nie miałem z tym nic wspólnego – odpowiedział powoli, ledwo panując nad głosem. Nad słowami nawet nie próbował, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie ma to żadnego sensu. Zrobił dwa kroki w stronę Bruna, zupełnie nie przejmując się lecącym w jego stronę dymem. Chcesz być kretynem, bądź kretynem. Noah nie miał zamiaru zniżać się do jego poziomu. Ale zrobi to, a nawet zejdzie jeszcze niżej. Ale to dopiero za chwilę, choć dłoń już sama zaciskała mu się w pięść. Postanowił jednak poczekać na odpowiedź – kto wie, może uda się załagodzić konflikt? Ta, dobre sobie.
_________________
[Profil]
 
 
bruno roe






white oak
uprawiam ziemię
nie ma fal

Wysłany: 2018-06-03, 16:21   
  

  
I know that I messed it up Time and time again. I just wanna roll my sleeves up and start again. But I can't.
Bruno Roe

  
  
  
  
  
  
33

  


Bruno nigdy nie potrafił zrozumieć tej więzi jaka łączyła jego żonę z Noahem. Serio. Gość był irytujący, szarogęsił się i zachowywał tak jakby całkiem sporo od niego zależało. Roe uważał to za chory objaw, bo co on mial do ich małżeństwa? Podejrzewał swoje, ale jednak ufał Daisy, co w obecnej sytuacji zdawało się być jego cholernym błędem, bo zamiast ignorować te jej wyskoki do "przyjaciela" to jak widać on powinien był jej robić takie awantury jakie dostawał sam za pomoc Jane. Jak widać po latach okazało się kto tu miał nieczyste intencje i swoje egoistyczne plany do realizacji. Roe nie znosił Earnshawa od zawsze, teraz jednak ta niechęć jeszcze wzrosła.
-Jedyną szmatą jaką tu widzę jesteś ty - odparł suchym tonem, wzruszając ramionami i udając, że niby mu z tego powodu przykro. Wcale tak nie było. Zgasił papierosa butem, a następnie napił się swojego alkoholu i obrzucił wściekłym spojrzeniem mężczyznę. -Miałeś wiele. Kręciłeś się jak ten sęp, czekająć tylko na swoją okazję by zabłysnąć, rozepchać się łokciami... Przyjaciel - zaśmiał się kpiąco, kręcąc głową. -Obstawiam, że nie wiesz co znaczy to słowo. W sumie oprócz mojej żony to chyba nawet nie miałeś więcej znajomych... Ale czemu się dziwić? Nikt by nie chciał zadawać się z takim kutasiarzem, który chce tylko realizacji swoich chorych celów, nie zważając na to czy jego zdobycz jest mężatką czy nie... - i tu splunął z poggardą pod stopy Noaha, bo tak. Gardził tym gościem całym sobą i nie miał zamiaru się z tym kryć, ani chować jakichkolwiek emocji. Miał prawo się wściekać o to co się stało, bo nikt nie zasługuje na takie traktowanie przez najbliższą osobę. Mało tego przed nim stał powód tego, że wszystko skończyło się tak chujowo. -Owszem mieliśmy swoje problemy, ale obstawiam, że bez takich życzliwych gnid jak ty wszystko wyglądąłoby inaczej. No, ale... Cudowny Noah nie odpuściłby, gdyby nie wykorzystał swojej okazji na którą czekał latami - warknął zły, a po chwili dorzucił: -Fajnie ci tak? Wiedzieć, że gdybyś nie nastawił jej odpowiednio źle to nigdy by ciebie nie wybrała? Dobrze ci ze świadomością, ze jesteś marną nagrodą pocieszenia? - prowokował cholernie, choć zdawał się być nonszalancki i rzucać tym wszystkim od niechcenia. Tak naprawdę to chciał, żeby tego gościa zabolały jego słowa tak mocno, jak jego bolał fakt, że Daisy z setek tysięcy facetów na świecie musiała wybrać akurat tego gnoja.
[Profil]
 
Multi: charlie
 
Noah Earnshaw


Wysłany: 2018-06-04, 20:57   

Bruno nie był jedynym, który nie był tu w stanie czegoś zrozumieć. Noah na przykład nadal nie znalazł żadnego logicznego wyjaśnienia dlaczego Daisy postanowiła związać się z takim kretynem, a do tego jeszcze wyjść za niego za mąż. W głowie mu się nie mieściło, że ktoś tak wspaniały jak Milligan mógł wybrać kogoś takiego jak… Jak Roe. To nie potrzebowało żadnego wyjaśnienia. Najgorsze jest to, że mężczyzna mógł być tak naprawdę bardzo w porządku, ale Earnshaw, zapewne zaślepiony uczuciem jakim darzył przyjaciółkę, albo i kompletnie zawalony zazdrością jaką czuł, nie był w stanie tego zobaczyć. Bruno miał być dla niego zawsze tylko tym pajacem, z którym Daisy straciła kawałek swojego życia. Nie fair? Owszem. Ale życie było nie fair.
- Ciekawe skąd wyciągasz wnioski – westchnął ciężko. Cała ta rozmowa była męcząca już od pierwszego zdania, najchętniej zupełnie by jej uniknął. Podnosił się poziom zdenerwowania, atmosfera między mężczyznami była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Nie było szans na spokojny wieczór, wszystkim znajdującym się w okolicy radzimy uciekać. – Nie zrobiłem nic, kiedy byliście razem. Nie mierz mnie swoją miarą. Wyszło jak wyszło i to nie Twoja sprawa.
Zabłysnął zębami w marnej próbie sarkastycznego uśmiechu, ale wściekłość zaczynała dominować. Roe nie miał żadnego prawa tak stać tutaj i go obrażać, tylko dlatego, że nie pogodził się z własną porażką. Przy splunięciu odsunął się tylko o krok. Nie miał zamiaru się łamać, ale zamiar to jedno, a co się stanie… Niektórych rzeczy nie da się powstrzymać.
- Pierdol się, Roe. Jedyne co robiłem, to wspierałem ją, gdy Ty nie raczyłeś kiwnąć palcem i czekałeś aż Daisy wszystko zrobi za Ciebie i ułoży Wam życie. Przeliczyłeś się i przegrałeś, pogódź się z tym wreszcie. Życie idzie dalej. Jest dorosłą kobietą i sama podejmuje własne decyzje. Nie zwalaj swoich porażek na innych ludzi – dość tego. Nie bolało go nawet to, że został nazwany nagrodą pocieszenia, ani to, że Bruno wydawał się czerpać z tego wszystkiego przyjemność. Zabrnął za daleko mówiąc, że to Noah nastawił jego byłą żonę przeciwko niemu i tym, że tylko wykorzystał okazję. Gdyby tylko wiedział, że nie są razem, że to wszystko nie tak. Ale nie mógł wiedzieć, bo wszystko posypie się jak domek z kart. – Powinienem to zrobić dawno temu, jeszcze profilaktycznie.
Warknął, zbliżając się do swojego przeciwnika z grymasem na twarzy. Nie zastanawiał się nad tym, że będzie tego żałował. Zacisnął dłoń w pięść i przywalił mu w twarz. Ot tak. Zupełnie jakby było to coś normalnego.
_________________
[Profil]
 
 
bruno roe






white oak
uprawiam ziemię
nie ma fal

Wysłany: 2018-06-29, 21:43   
  

  
I know that I messed it up Time and time again. I just wanna roll my sleeves up and start again. But I can't.
Bruno Roe

  
  
  
  
  
  
33

  


Oczywiście, że Noah był zaslepiony bezsensowną zazdrością o swoją przyjaciółkę, której nie mógł mieć, gdy w pobliżu był Bruno. Niestety, ale każdy wiedział, że Roe oprócz swoich wybryków i drobnego egocentryzmu, jest całkiem spoko gościem. Miał też w sobie po prostu taki magnes, który przyciągał kobiety. Tylko co mu z niego, skoro tęsknił za jedną, której nie mógł mieć, bo ten wąż mu ją odebrał? Byli siebie warci, bo tkwili w swoich uprzedzeniach i cóż... Nigdy nie starali się zrobić nic by choć na chwilę to zmienić.
-Cóż, jestem dość dobrym analitykiem - mruknął, patrząc z pogardą na Earnshawa, bo tak, zawsze uważal, że beznadziejny z niego agent i dziwił się czmeu go jeszcze trzymali w biurze. Cieszył się z każdej jego porażki. Do tej pory też radością ogromną było Roe to, że Noah odszedł. Gorzej jednak czuł się z myślą, że zrobił to by być z Daisy... W świetle tych rewelacji wolałby, żeby już gość siedział i denerwował go w NY niż posuwał mu żonę, zgrywając idealnego faceta dla niej, którym oczywiście, że nie był. -Gdybym mierzył cię swoją miarę, to nie posądzałbym cię o rżnięcie mojej żony za plecami. W przeciwieństwie do niektórych wiem, co oznacza wierność i lojalność - wyrzucił kpiąco, posyłając kolejne spojrzenie pełne pogardy Noahowi. Ten koleś sprawiał, że z Bruna wychodziły wszystkie najgorsze cechy. Kiedyś jeszcze się powstrzymywał, ale skoro teraz sięgnął już tego dna i nie miał nic do stracenia, to tak naprawdę co właściwie mu szkodziło? No nic. Nic mu nie szkodziło. Tak więc wylewał z siebie całą żółć jak typowy cebulak.
-Przestań chrzanić, że podejmuje sama decyzje, bo doskonale wiemy, ze o wszystkim ty jej szepczesz do ucha. Albo decydujesz za nią, tak jak wtedy w szpitalu, kiedy po postrzale mnie do niej nie wpuścileś, gdy rzekomo to ona tego nie chciała. Tylko wiesz co? Zonk, bo po latach okazało się, że nawet nie wiedziała o mojej wizycie. Taki jesteś kochany i tak przede mną trzęsiesz portkami, bo doskonale wiesz, że jesteś tylko pieprzonym kołem zapasowym, które nic by nie osiągnęło gdyby nie spryt, jad i manipulacja - fuknął wściekły, a kiedy usłyszał, że Noah ma zamiar zrobić coś profilaktycznie to domyślił się o co chodziło. Nie zdążył zrobić jednak uniku, za to stłukł z impetem szklankę tuż przy nodze Earnshawa. -Pożałujesz gnido - warknął i rzucił się z pieściami na Noaha, bo nie miał zamiaru poprzestać na jakimś jednym, marnym uderzeniu, którego facet nie był godny według Roe. Może nie był już tak sprawny jak kiedyś, ale jednak codziennie trenował tyle, na ile pozwalały mu obrażenia. Nie miał zamiaru dać temu gnojowi sobą pomiatać więc walił mocno, gdzie tylko mógł, nie zważając na to, że zbiegli się wokół nich już ządni sensacji gapie.
[Profil]
 
Multi: charlie
 
Noah Earnshaw


Wysłany: 2018-07-10, 20:08   

jezu, uciekło mi, przepraszam :<

Właściwie, gdyby nie chodziło o Daisy, Noah i Bruno mogliby się pewnie nawet zaprzyjaźnić. Żaden z nich prywatnie nie był takim straszliwym gnojkiem, jakimi byli dla siebie, w gruncie rzeczy byli do siebie nawet całkiem podobni. Życie na farmie, wyjazd, praca w FBI, pewnie wiele innych rzeczy też się zgadzało. Warunki nie pozwalały jednak na chociażby cień znajomości, a co dopiero mówić o jakichkolwiek cieplejszych uczuciach. To wręcz niezwykłe, jak kobiety potrafią wpływać na życia innych mężczyzn, nie robiąc tego nawet świadomie. Bo akurat Milligan nikt o specjalne pokłócenie tej dwójki nie podejrzewał. To oni byli kretynami.
- Wmawiaj sobie dalej – burknął, mierząc go nieprzyjemnym spojrzeniem. Ile to już lat wzajemnego dogryzania sobie i podkopywania dołków? Gdyby mieli w sobie choć odrobinę rozumu i instynktu samozachowawczego, doszliby do jakiegokolwiek porozumienia, znaleźliby jakiś złoty środek, cokolwiek. Ale nie, musiało kończyć się mordobiciem, gdy wreszcie spotkali się tutaj, w ich rodzinnym mieście, a obok nie było Daisy, przy której zachowywali resztki manier i ograniczali się do wzajemnego łypania i nieprzychylnych komentarzy wobec tego drugiego. Prędzej czy później musiało w końcu do tego dojść. – Jakim Ty jesteś, kurwa, kretynem. Nie byliście już wtedy razem, Roe, wbij to sobie do tego malutkiego mózgu. Nie wpadłbym na to, żeby pukać mężatkę za cudzymi plecami, ale skoro Tobie to przyszło do głowy… To o czymś świadczy.
Tak bardzo chciał poinformować go, że właściwie to nadal nie łączył go żaden fizyczny kontakt z Daisy, ale przecież nie mógł tego zrobić. Zniszczyłby wszystko, co próbowali zbudować, by Bruno nie wyciągnął rąk po swoją córkę, bo tego Milligan naprawdę nie chciała. Więc przedstawienie musiało trwać, a Earnshaw musiał znosić te fałszywe obelgi, nie mogąc sobie pozwolić na oczyszczenie swojego imienia. I to doprowadzało go do szału, bo wychodził na strasznego chuja, którym nie był. A przynajmniej nie aż takim.
- Naprawdę masz o niej tak niskie mniemanie, że uważasz, że dałaby komukolwiek podejmować decyzje za siebie? Najwyraźniej wcale jej nie znasz. Więc przestań pierdolić, bo to Ty spędzałeś czas ze swoją przyjaciółką czy chuj wie kim, zamiast poświęcać go swojej żonie. Dlatego postanowiła od Ciebie odejść, nie przeze mnie. Przestań szukać usprawiedliwień dla tego, że nie byłeś jej warty – wywarczał, a gdy szkło rozbiło się przy jego nodze, ledwo powstrzymał jęknięcie, zastępując je tylko wściekłym syknięciem. No i teraz to już w ogóle go trafiło, i był jeszcze większym kretynem, który nie był w stanie się opanować. Każde kolejne słowa doprowadzały go do jeszcze większego szału. Nie miał głowy do tego, by jakkolwiek wymierzać ciosy i wkrótce zaczęli tłuc się na oklep. Zero pomyślunku, liczyło się tylko, by cios dosięgnął celu, by drugiego zabolało. Dwóch dorosłych mężczyzn, a zachowywali się jak gówniarze z buzującymi hormonami.
_________________
[Profil]
 
 
bruno roe






white oak
uprawiam ziemię
nie ma fal

Wysłany: 2018-07-18, 22:31   
  

  
I know that I messed it up Time and time again. I just wanna roll my sleeves up and start again. But I can't.
Bruno Roe

  
  
  
  
  
  
33

  


Bruno chyba nie potrafiłby spojrzeć na to w ten sposób, że cokolwiek łączyło go z Noahem. Osobiście mężczyzna uważąl, że nie było między nimi kompeltnie żadnych podobieństw, a jedyny punkt styczny stanowiła na jego nieszcęście Daisy, która dała omamić się temu pajacowi, jakim był Earnshaw. No i tak to wyglądało z perspektywy Bruna, że całemu złu świata winny był Noah oraz naiwność Daisy.
Nie potrafił powstrzymać się od uszczypliwych komentarzy, ani od uderzania raz po raz swojego przeciwnika. PRawdziwe jednak w nim zabuzowało, kiedy ten kretyn wypierał się oczyistych spraw i nie dość, że oczerniał Milligan to też Wallace. Wallace, której do tego nie powinien mieszać. Bo ona akurat była bez winy w tej sytuacji jako jedyna.
-Skończ pieprzyć głupoty, ty zapchlony kundlu - warknął, po czym oberwał. Nie zraził się jednak, a oddał ze zdwojoną siła i kontynuował: -Skoro karmisz Daisy nieświadomością o pewnych zdarzeniach to łatwo ci ni ą i manipulowć. A na dodatek tworzyć fałszywy obraz rzeczywistości. to ty nie potrafisz zaakcpetować niczego jak jest - kolejne ciosy padły po obu stronach. -A o Jane nie waż nawet myśleć, bo ona jest kompletnie niezależną osobą. I szkoda, że ja nie mogę mieć w swoim życiu waznych osób, a Daisy stoi ponad prawem. Pieprzeni hipokryci - krzyknął, oddając ostatni cios, bo ktoś go odciągnął. -Jeszcze mnie popamiętasz, gnoju. Ty pieprzony skurwysynu. Zobaczysz. Dopadnie cię sprawiedliwość - splunął jeszcze w stronę Earnshawa i dał się odprowadzić na bok, przy okazji przekonał tych gości, żeby nie wzywali policji, bo jednak nie miał ochoty lądować na lokalnym komisariacie i z czegokolwiek się tłumaczyć. Na jednonocny podryw też nie miał już chęci. Tak więc zabrał się i poszedł do swojego domu.

// zt
[Profil]
 
Multi: charlie
 
Grace Cleveland






Francuzka z krwi i kości
uczy się na psychologa
kocha Alexa całym swoim serduszkiem

Wysłany: 2018-12-06, 12:24   
  

  
.
Grace Cleveland

  
  
  
  
  
  
21

  


#55

Grace była naprawdę szczęśliwa i zadowolona z faktu, że jej życie wyglądało właśnie tak, a nie inaczej. I nie wybiegała myślami nie wiadomo jak w przyszłość, po prostu żyła chwilą i cieszyła się z tego co miała. A miała się z czego cieszyć, a jakże. W końcu u jej boku wciąż tkwił pewien dżentelmen, któremu zdążyła oddać już chyba całe swoje serduszko.
I tak, nie da się ukryć, że to z nim ostatnio spędzała najwięcej czasu, ale naprawdę nikt nie powinien się jej dziwić! Również dzisiaj wieczorem należała do Cavendisha. Co prawda nie był to romantyczny wieczór sam na sam, bo Alex po prostu zaciągnął ją do baru gdzie umówiony był z garstką znajomych, coby przedstawić im swoją dziewczynę, ale Grace naprawdę nie miała nic przeciwko. Przeciwnie - bardzo się cieszyła i miała nadzieję, że przypadnie im do gustu. No bo kto lubił, kiedy znajomi partnera go nie akceptował? Nie spodziewała się jednak, że jednemu z kumpli przypadnie do gustu aż tak...
Wyszła na zewnątrz z kilkoma osobami, zapalić sobie papierosa, podczas gdy Alex z resztą zostali w środku. I kiedy jej chłopak nie widział, niejaki Josh, jak gdyby nigdy nic zaczął się do niej przystawiać, pomimo jawnego braku zainteresowania ze strony studentki. Nie miała pojęcia co mu odwaliło! Przecież była w związku z jego ziomkiem, tak się przecież nie robi! Bo skąd miała wiedzieć, że chłopak właśnie za wszelką cenę próbował udowodnić, że cały ten ich związek to był pic na wodę, że udawali i że Alex wcale nie wygrał tego zakładu. Przecież Grace o żadnym zakładzie pojęcia nie miała... Do tego momentu przynajmniej.
Josh zbliżył się do niej i wbrew jej protestom, jak gdyby nigdy nic przyciągnął ją do siebie, swoje dłonie lokując na jej tyłku. Oczywiście, że jej się to nie spodobało! Odepchnęła go z całych sił, wyzywając go od idiotów i właśnie wtedy usłyszała o tym, że jest naiwna a Alex jest z nią tylko dla durnego zakładu. Nie uwierzyła mu, naturalnie, bo jednak chłopak był wkurzony, wiadomo, że mówił co mu ślina na język przyniesie... A jednak szczegóły jakimi ją zaraz zasypał sprawiły, że zwątpiła, a zaraz potem poczuła się jak idiotka. Początkowo chciała po prostu stamtąd uciec, bez słowa, a jednak zmieniła zdanie. Weszła do środka zdecydowanym krokiem, podeszła do stolika przy którym siedział Alex, chwyciła go z całej siły za nadgarstek i wyprowadziła go przed budynek, starając się nie patrzeć w kierunku wciąż stojącego tam gdzieś z boku Josha, z przyklejonym na ustach złośliwym uśmieszkiem. Minęła ich i poszła jeszcze dalej, ostatecznie zatrzymując się gdzieś w bocznej alejce, z dala od wścibskich spojrzeń.
- Powiedz, że nie było żadnego zakładu - rzuciła, a jej głos był naprawdę dziwny... Połączenie wściekłości, bólu i bezradności. Tak, tak właśnie się czuła w tamtym momencie. I spoglądała Alexowi w oczy, wiedząc, że jeśli będzie chciał skłamać, ona od razu to zauważy. Z drugiej strony... Jeśli przez tyle czasu udawało mu się bez zająknięcia udawać wielce zakochanego, dlaczego teraz skłamanie nie miałoby mu pójść równie łatwo?
[Profil]
 
Nick: Sami
Multi: Aliya
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
FORUM PRZYSTOSOWANE DO PRZEGLĄDARKI CHROME
Strona wygenerowana w 0,26 sekundy. Zapytań do SQL: 7