Poprzedni temat «» Następny temat
Sala III
Autor Wiadomość
Ian Herondale


Wysłany: 2018-07-03, 20:39   

Życie miało być piękne. Nie było. Tak to już jest, gdy człowiek się na coś nastawi. Potem nagle wszystko popada w ruinę, zostaje tylko żal i ból, z którymi cholernie ciężko się pogodzić. Herondale przeżywał osobistą żałobę, pełną wściekłości i ciągłego skupiania się na treningach, choć tym razem nawet one nie pomagały w opanowaniu emocji. Sierra wyjechała z dnia na dzień, nie podając mu żadnego powodu, ba, nawet nie dając mu o tym znać. Natykał się na brak odpowiedzi na wiadomości i na automatyczną sekretarkę, a to tylko doprowadzało go do jeszcze większego szału. Wziął wolne w pracy do końca roku szkolnego, po przecież ten już i tak chylił się ku końcowi. Nikt nie miał nawet nic przeciwko, bo Ian znany był z tego, że nigdy nie bierze urlopu bez powodu, nieraz przychodząc na zajęcia – i prowadząc je zupełnie jakby był w pełni sił – podczas choroby, która to niemal nigdy nie objawiała się u niego zbyt mocno i rzadko kiedy zmuszała go do bezsensownego spędzania czasu na wygrzewaniu się w pościeli. Tym razem jednak czuł się pokonany i nie miał pojęcia jak sobie z tym poradzić. Nie raz już przeżywał zawody miłosne, ale żaden nie uderzył w niego z tak ogromną siłą. Zapewne dlatego, że tym razem nie poznał powodu, nikt nie wytknął mu błędów które zdarzyło mu się popełnić, ani nie była to jego decyzja. I serce bolało jak jasna cholera, sprawiając, że nie miał nawet siły ruszyć się z łóżka i tylko zmuszał się do aktywności fizycznej, wmawiając sobie, że to w jakiś sposób ukoi nerwy, i do jedzenia, choć wcale nie miał na nie ochoty. Doskonale jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie może pomijać posiłków, bo to zaważy na jego zdrowiu.
Tak jak zaważyło na zdrowiu Cassandry. Nic nie było taką motywacją do ruszenia się z własnych czterech kątów jak to, że trafiła do szpitala. Z przerażeniem widocznym na twarzy wyskoczył z łóżka, ogarniając się czym prędzej do stanu względnej używalności, i o wiele szybciej niż było to możliwe przy przestrzeganiu zasad ruchu drogowego, znalazł się wreszcie na miejscu. Nie było łatwo dostać się do jej sali, gdy wszyscy przekonywali go, że panna Hensley potrzebuje przede wszystkim odpoczynku. Nie odpuszczał jednak tak długo, aż wreszcie udało mu się dostać do środka. Tam przysunął sobie krzesło koło łózka, na którym spała dziewczyna i usiadł na nim, wydając z siebie tylko ciche westchnienie.
- Cass… – szepnął, ujmując jej dłoń w swoje ręce.
_________________
[Profil] [WWW]
 
 
Cassandra Hensley






White Oak
szuka pracy w zawodzie i kelneruje w Małpie
Dbam o Cody'ego jak mogę

Wysłany: 2018-07-08, 20:47   
  

  
Stay alive for the hopes, and the feels, and the dreams.
Cassandra Hensley

  
  
  
  
  
  
26

  


Wszystko to, co działo się u Cassie nie tak, jak powinno, nie było planowane. Wielbiąca kolory kobieta nigdy z premedytacją nie doprowadziłaby się do stanu, w którym się znalazła. Nie była fanką szpitali i o tym wiedział każdy, kto lepiej ją poznał. Nawet, kiedy dopadała ją choroba, bagatelizowała ją troszeczkę, woląc kurować się w domu. Nie jej wina, że szare barwy szpitalne ją przygnębiały, niemal doprowadzając do depresji (która tak poważnie nie miała prawa bytu jeśli chodzi o jej osobę). Nic dziwnego, że teraz ów wypadek, któremu uległa przez własną nieuwagę i zignorowanie potrzeb własnego organizmu, nie było jej planem. Pocieszające, bo przecież sama uważała, że najważniejsze, to dostrzec jakiś pozytyw.
Nieświadoma, że znalazł się obok niej ktoś, kogo obecność była zawsze najbardziej przez nią doceniana, podróżowała po krainie snu, która zapewne wyglądała jak najbardziej psychodeliczna z możliwych. Tak samo, jak umysł Cassandry, gdyby ktoś nagle potrafił przełożyć jej myśli na rzeczy widzialne.
Oddychała płytko, z ekkim uśmiechem na ustach. Zdawało się, że nawet ów wypadek nie miał wpływu na jej zawsze dobry humor. Szkoda, że tego samego nie mogła powiedzieć o tym, kto siedział przy jej łóżku, zamartwiając się jej stanem.
W chwili, w której Ian złapał ją za dłoń, śniło jej się coś przyjemnego. A może zostało to wywołane przez sam dotyk osoby, którą kochała najbardziej na świecie? Możliwe. W każdym razie dostrzegła dłoń wróżki, która obiecała zabrać ją do miejsca, w którym będzie jeszcze bardziej szczęśliwa. Ujęła ją, tym samym w rzeczywistości odwzajemniając delikatnie uścisk Herondale, nieświadoma jeszcze, że to jego ręka.
Doszła do jaskini, w której poczatkowo było ciemno. A później pojawiło się światło. To samo, które raziło ją w szpitalnej sali, jakby było skierowane prosto na nią. Poruszyła powiekami, wolno się wybudzając. Uchyliła je, od razu mróżąc.
- Jasno... - wyszeptała, jeszcze nie wiedząc, gdzie dokładnie była. Potrzebowała ładnych kilku minut, aby dostrzec twarz Iana. Czyżby nadal śniła? - Śpię dalej? Nie pamiętam, byśmy byli umówieni – powiedziała jak ktoś, kto nie ogarniał do końca rzeczywistości, wyrwany nagle ze snu.
_________________
[Profil] [WWW]
 
Nick: Liv
 
Ian Herondale


Wysłany: 2018-07-10, 10:55   

Ian wcale nie podejrzewał jej o to, by doprowadziła się do takiego stanu celowo, ale gdzieś z tyłu głowy i tak miał myśl o delikatnym przywaleniu jej w głowę za to, że się nie pilnowała z jedzeniem. Miał też chyba spory wyrzut do samego siebie, że w ostatnim czasie – przez całą tą sytuację ze Sierrą i pewnie z miliona powodów które ani trochę go nie usprawiedliwiały – nie poświęcał tyle czasu Cassandrze ile powinien. W jego oczach kolorowowłosa Hensley była w pewnym stopniu takim wymagającym opieki dzieckiem, na które co jakiś czas kontrolnie trzeba było rzucać okiem. Jasne, miała już więcej niż te kilka lat, co nie zmieniało wcale jego poglądu. Ostatnio tego nie robił, pozwalając, by kolejna część jego zaskakująco ułożonego życia zwaliła się, wracając do stanu do którego właściwie już powinien się przyzwyczaić, ale nadal tego nie zrobił. Cały czas nosił w sobie tę głupią, niemalże beznadziejną, nadzieję, że jednak jeszcze wszystko będzie dobrze, a on zacznie prowadzić życie, którego chciał. Już dawno powinien zrozumieć, że to nie dla niego, a przez takie ciągłe wmawianie sobie tego będzie tylko coraz bardziej zawiedziony. Jego życie w jednej chwili straciło niemal wszystkie kolory, a Ian był tak naprawdę kompletnie przerażony. Nie miał bladego pojęcia jak sobie z tym wszystkim poradzić. Gdy w pierwszej chwili usłyszał o stanie Cassie, całkowicie zbrakło mu oddechu, a łzy napłynęły do oczu. Teraz był już spokojniejszy, ze świadomością, że jej stan jest przynajmniej stabilny – a przynajmniej tylko udało mu się dowiedzieć. Nikt nie chciał udzielać mu żadnych informacji, bo nie był członkiem rodziny i w tamtej chwili przeklinał wszystko i wszystkich, aż do momentu, gdy wreszcie udało mu się dostać do sali.
- Napędziłaś nam wszystkich stracha, Cassie – westchnął, nadal trzymając jej dłoń w swojej i ściskając ją delikatnie. Podniósł się z krzesła i pochylił nad dziewczyną, by na jej czole złożyć pocałunek, po czym znów opadł na siedzenie. Czuł, że ma ściśnięte gardło i bladego pojęcia co teraz powiedzieć. Zalała go fala ulgi, że Hensley już się obudziła, ale to jeszcze nie wszystko. – Mówiłaś, że masz to pod kontrolą…
Wyszeptał. W jego głosie nie było wyrzutu – tylko czysta troska.
_________________
[Profil] [WWW]
 
 
Cassandra Hensley






White Oak
szuka pracy w zawodzie i kelneruje w Małpie
Dbam o Cody'ego jak mogę

Wysłany: 2018-07-15, 15:34   
  

  
Stay alive for the hopes, and the feels, and the dreams.
Cassandra Hensley

  
  
  
  
  
  
26

  


Dobrą chwilę zajęło jej zorientowanie się, że nie jest u siebie w domu. Na dobrą sprawę czuła, że jest w miejscu, które wcale jej się nie podoba. Kto wie, może to ten specyficzny zapach, a może brak kolorów, które tak lubiła. Niezależnie od przyczyny, to nie było miejsce dla niej. Było zbyt obce, chociaż obecność Iana wszystko umilała. Co prawda gdzieś tam w środku jakaś część jej umysłu była przekonana, że kobieta nadal śni, ale jakie to miało znaczenie, skoro obok był ktoś tak dla niej ważny? Nawet, jeśli to wszystko miałoby okazać się nierzeczywiste, zawsze po tym, jak się obudzi, może iść do przyjaciela, by opowiedzieć mu sen, w którym brał udział.
W chwili, w której Ian się odezwał, była już pewna, że to wszystko nie było jedynie jej wymysłem. Mocniej zacisnęła dłoń na jego własnej, napawając się tym realnym ciepłem, które od niego biło. Uśmiechnęła się do niego delikatnie, trochę zmęczona. Niby spała, ale nie do końca był to sen zdrowy. Ów grymas na jej twarzy stał się jednak szerszy, kiedy złożył na jej czole pocałunek. Przepełnił ją miłym uczuciem, że wszystko będzie dobrze.
- Dlaczego właściwie tu jesteś, Ian? - spytała, przyglądając się jemu, zamiast rozejrzeć się po pomieszczeniu. Gdyby to zrobiła, te wszystkie pytania, które rodziły się w jej głowie, nie byłyby potrzebne. Nie można było jednak oczekiwać od niej cudów, zwłaszcza w takim stanie.
- Ian, gdzie ja w ogóle jestem i co się stało? To dość zabawne, ale pamiętam tylko, że szłam świętować. Zapomniałam nawet co - rzuciła. Nie lubiła luk w pamięci. Były wyjątkowo przykre i zwyczajnie smutne, dlatego liczyła na to, że słowa przystojnego mężczyzny wszystko jej rozjaśnią. Włącznie z tym, co takiego tak uparcie chciała celebrować. Bo co, jeśli zapomniała o czymś naprawdę ważnym? Wolałaby się później nie dowiedzieć, że jakiś jej przyjaciel nie chce z nią rozmawiać, bo zawaliła.
_________________
[Profil] [WWW]
 
Nick: Liv
 
Ian Herondale


Wysłany: 2018-07-23, 09:17   

Szpital miał jakąś taką specyficzną aurę i nawet sceptykom było ciężko temu zaprzeczyć. Ot, unosiło się jakieś nieprzyjemne wrażenie, związane zapewne zarówno z zapachem towarzyszącym temu miejscu, jak i burymi ścianami nie przynoszącymi żadnych pozytywnych myśli. Ian nie przepadał za pobytami w szpitalach i dlatego był wdzięczny, że nie należał ani do ludzi chorowitych, ani nie miał żadnej poważnej choroby, która wymagałaby częstych wizyt. Najwięcej czasu spędził tu po wypadku samochodowym, co absolutnie nie należało do miłych wspomnień – tyle dobrego, że wyszedł z tego cało i bez żadnych obrażeń, które niosłyby za sobą poważne konsekwencje w przyszłości. Teraz jednak nie miał innego wyjścia, jak być przy boku przyjaciółki. Nie wyobrażał sobie, że mógłby tego nie zrobić tylko z powodu własnej niechęci do szpitalnych murów. I dlatego nadal tu był, zaciskając delikatnie rękę wokół jej dłoni, obserwując jak śpi spokojnie, z tym dziwnym, delikatnym uśmiechem na twarzy. Wydawała się taka krucha, jakby nieco silniejszy dotyk mógł rozwalić ją na setki, tysiące kawałków, a jednocześnie była taka silna. Ianowi serce pękało na pół, gdy widział jej włosy rozrzucone na poduszce. W każdych innych warunkach wyglądałoby to uroczo, ale byli teraz i tutaj, a Herondale nie mógł powstrzymać tego napływającego zimna spowodowanego strachem.
- Twoi znajomi po mnie zadzwonili – przyznał cicho, obserwując jej twarz. Była taka zagubiona… Miał ochotę wziąć ją na ręce i wynieść, zabrać jak najdalej, ale przecież nie mógł tego zrobić. Potrzebowała profesjonalnej opieki, której on nie był teraz w stanie jej zapewnić, mając na głowie własną, osobistą tragedię i osiemnastolatkę zamieszkującą jego dom. – W szpitalu, Cass. Nie pamiętasz nic?
Wydawało mu się, że powinna mieć jakieś przebłyski, pamiętać co robiła wcześniej… A skoro tak nie było – a on wiedział tylko tyle ile mu powiedzieli przez telefon i na korytarzu, to nie miał bladego pojęcia co powinien teraz zrobić. Oczywiście, poza trwaniem u jej boku.
_________________
[Profil] [WWW]
 
 
Cassandra Hensley






White Oak
szuka pracy w zawodzie i kelneruje w Małpie
Dbam o Cody'ego jak mogę

Wysłany: 2018-07-24, 18:17   
  

  
Stay alive for the hopes, and the feels, and the dreams.
Cassandra Hensley

  
  
  
  
  
  
26

  


Obecność Iana była kojąca i przyjemna, jak zawsze. Niezależnie od tego, jak Cassie się czuła, fakt, że przyjaciel przy niej był, naprawdę jej pomagał. Nawet jeśli do końca nie ogarniała, co się wokół niej dzieje. Miała wrażenie, że znajduje się w innej rzeczywistości, zamieniona rolami ze swoją alternatywną osobą. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że leżała w szpitalu, nawet do końca nie pamiętając, że do niego trafiła? Prawdę powiedziawszy nie pamiętała zbyt wiele, jeśli chodziło o dzień, w którym zabrano ją do miejsca, za którym nie przepadała. Istniało prawdopodobieństwo, że to szok i wszystko wróci do normy, ale na tym Hensley się nie znała na tyle, by być tego pewną. Póki co o wiele ważniejsze było dla niej to, że swoją osobą martwiła Iana, czego robić nie powinna. Nie lubiła tego wyrazu na jego twarzy, który sugerował, że się obawiał. Niby dobrze jest wiedzieć, że osoba, którą się kocha troszczy się o nas, ale Cassandra wolała widzieć na ustach mężczyzny uśmiech, niż wyraz zmartwienia. Dlatego mocniej jego dłoń ścisnęła, wcale nie chcąc jej puszcza?. Chciała, by to miłe ciepło ją przepełniało bez końca. Gdyby nie to, że okoliczności nie były zbyt sprzyjające, zamarzyłaby, aby ta chwila się zatrzymała, a ona mogła tu być tylko z Ianem. Szpital jednak nadal był szpitalem i nikt w nim długo siedzieć nie chciał, dlatego musiało jej wystarczyć to, co aktualnie trwało.
-Przepraszam, Ian. Nie chciałam cię martwić. Ale wiesz, już jest dobrze, więc możesz się uśmiechnąć. Bo z uśmiechem zdecydowanie bardziej ci do twarzy - powiedziała cicho, sama się uśmiechając, jakby chciała mu zademonstrować, jak to się robi. Jeśli była w innej rzeczywistości, może ten Ian zapomniał? Jeśli tak, obrała sobie za cel nauczenie go na nowo.
-Nie lubię szpitali. Myślisz, że mogę już stąd wyjść? Mam wrażenie, że wyglądasz na smutnego właśnie dlatego, że tu leżę - pogładziła delikatnie jego dłoń, ignorując pikającą aparaturę, która na całe szczęście nie była podpięta do niej. Kroplówka była wystarczająca. - To nic takiego, przypomnę sobie, zobaczysz. Tylko muszę mieć więcej czasu, bo nadal czuję się tak jakbym spała - rzuciła lekko, nie chcąc martwić ani jego, ani siebie. Zresztą każdy, kto znał Cass wiedział, że we wszystkim dostrzegała pozytywy.
-To jak, Ian, uśmiechniesz się dla mnie? Bo powiem tej ładnej pielęgniarce wstydliwą historię z twojego dzieciństwa - skomentowała, kiedy do sali faktycznie weszła kobieta, chcąc wyregulować kroplówkę.
_________________
[Profil] [WWW]
 
Nick: Liv
 
Jenna Seaver






od zawsze w WO
prowadzi kawiarnię po babci
i szykuje się do samotnego macierzyństwa

Wysłany: 2018-10-13, 21:06   
  

  
...
Jenna Seaver

  
  
  
  
  
  
28

  


Nie było dobrze. Właściwie było źle. Okropnie. Najgorzej. Jenna była w domu, ogarniała, sprzątała i szykowała pokój, który wkrótce miał zostać pokojem dziecięcym. Było jeszcze trochę czasu, ale nie chciała tego wszystkiego zostawiać na ostatnią chwilę. Nie lubiła tak. Znaczy normalnie działanie pod wpływem impulsu albo zostawianie wszystkiego na ostatnią chwilę nie stanowiło dla niej problemu, ale w tej roli, do której się szykowała… chciała być w tym lepsza, najlepsza. Chciała, żeby wszystko było gotowe, żeby jej córka miała doskonały start w życie. Nawet jeśli nie będzie idealnie. I może nie powinna przesuwać szafki, może nie powinna się męczyć, ale weź takiej przetłumacz, gdy wszystko musi sama. No i się doigrała. Dostała takiego skurczu, że aż zgięło ją w pół. Nigdy nie czuła takiego bólu. Chociaż nie to było najgorsze. Odeszły jej wody, a było na to zdecydowanie za wcześnie. Wpadła w panikę. Przez chwilę rozważała, żeby po prostu pójść do auta i dojechać do szpitala, ale wtedy trafił ją kolejny skurcz, więc na szczęście sobie odpuściła, bo pewnie skończyłaby na pierwszym lepszym drzewie. Więc złapała telefon i zaczęła dzwonić. Pierwszą osobą, o której pomyślała i do której wykręciła był Theo. Bezskutecznie. Chociaż dzwoniła raz, drugi i trzeci, on ciągle nie odbierał. Później zadzwoniła do Veronici, która jednak będąc na drugim końcu kraju nie mogła jej pomóc inaczej jak kazać się uspokoić i wziąć w garść. Więc wzięła. Jeszcze raz zadzwoniła do Riggsa, a gdy ten nie odebrał po prostu napisała mu smsa, że zaczyna rodzić, że jedzie do szpitala. I szukała pomocy u przyjaciół. Ostatnio szeryf zaoferował jej pomoc, miała dzwonić gdyby tylko go potrzebowała, więc teraz to zrobiła. Zapłakana zadzwoniła do Kellermana, który ostatecznie zawiózł ją do szpitala. Od razu trafiła w ręce lekarzy, którzy wpadli w taką samą panikę jak Jenna, więc eh… to też o niczym dobrym nie świadczyło. Kolejne skurcze, badania, leki, a w końcu poród. Niestety. Dziecko postanowiło przyjść na świat za wcześnie, a Jenna dotarła do szpitala za późno, żeby lekarze mieli czas na odpowiednią reakcję. Nie usłyszała płaczu noworodka. Dostała za to informację, że dziewczynce się nie udało, ale jeśli chce to może potrzymać ją w ramionach. Była taaaaaaka malutka, taka kruszynka. Seaver się rozbeczała, wpadła w histerię, bo to nie tak miało wyglądać, jej dziecko miało być całe, zdrowe i szczęśliwe, a w rezultacie… nie miała go wcale. Trafiła na salę szpitalną, na obserwację i tak dalej. Żeby tam wyleżała musiano jej podać końską dawkę leków uspokajających i w końcu zasnęła. A jak już się obudziła to po prostu leżała i patrzyła w okno. Czuła tak ogromną pustkę, że to było niewyobrażalne. To właśnie w takim stanie zastał ją Riggs, gdy trafił do szpitala. Jenna leżąca w łóżku, podłączona do kroplówki i beznamiętnie wpatrująca się w okno, z czerwonymi zapłakanymi ślipiami i no cóż… brakiem obecności jakiegokolwiek dziecka w okolicy. Wypadki chodzą po ludziach, tylko szkoda, że wszystko co najgorsze musi się trafić akurat jej.
_________________
[Profil]
 
Nick: miss.
Multi: Ever
 
Theodore Riggs






White Oak od zawsze
bob budowniczy
he looks at her like he just realized what love is

Wysłany: 2018-11-03, 00:14   
  

  
I think we deserve a soft epilogue, my love. We are good people and we've suffered enough
Theodore Riggs

  
  
  
  
  
  
29

  


Gdyby tylko wiedział co nadchodzi.
Ten dzień nie zapowiadał się tak źle. Wręcz przeciwnie. Obudził się dziwnie szczęśliwy. Jakby miało go dzisiaj czekać coś niesamowitego. Nawet nie pilnował komórki. Miał urlop i uparcie ignorował telefony z pracy, licząc na to że gdyby działo się coś ważnego, ktoś po prostu napisałby mu wiadomość. Nie zauważył więc tego, że Jenna próbowała się do niego dobić. Nie czuł nawet potrzeby bycia pod telefonem, bo od dłuższego czasu wszystko było w porządku, a nie zapowiadało się na żaden poród. Przynajmniej nie w ciągu najbliższych dni, tygodni. Jenna nie odzywała się do niego, gdy nie musiała. Chciał być pod ręką, ale nie miał zamiaru być też namolny. Skoro nie chciała go w pobliżu, to nie narzucał się jej. Pozwalała mu na wizyty lekarskie, ale nie dawała mu dostępu do innych sfer swojego życia. Gdyby tylko zapytała to ustawiłby jej te cholerne meble, nawet jeśli miałoby mu to zabrać całe popołudnie.
Dopiero po dłuższym czasie zerknął na komórkę i zobaczył nieodebrane połączenia od Jenny, aż w końcu doszedł do wiadomości o porodzie. Wybiegł z domu jak szalony, pędząc ile fabryka dała do szpitala w Fayetteville. Gdy w końcu tam dotarł było za późno.
Lekarz nie chciał mu zbyt wiele powiedzieć. W końcu nie był jej rodziną, ani nawet osobą kontaktową. Pozwolili mu jednak się z nią zobaczyć.
Od razu poczuł, że coś jest nie tak. Lekarz nie uśmiechał się radośnie. Nie gratulował. Zamiast tego przybrał udręczoną minę i kazał nie denerwować panny Seaver. Miała odpoczywać.
Wchodząc do sali już wiedział co się stało. Nikt nie musiał mu tego mówić. Jenna nie trzymała w ramionach dziecka, w pobliżu nie było żadnego łóżeczka, a sama Seaver wydawała się być ledwie widoczna na tle jasnej pościeli.
Poczuł jak wszystkie wnętrzności podchodzą mu do gardła. Sam był bielszy niż ściany. Chwiejnym krokiem podszedł do jej łóżka, opadł ciężko na krześle, tępo wpatrując się w twarz Jenny. Znał odpowiedź, ale musiał usłyszeć jak ktoś mówi to na złość. - Gdzie ona jest?
[Profil]
 
Nick: Iza
Multi: Jane Wallace
 
Jenna Seaver






od zawsze w WO
prowadzi kawiarnię po babci
i szykuje się do samotnego macierzyństwa

Wysłany: 2018-11-03, 15:27   
  

  
...
Jenna Seaver

  
  
  
  
  
  
28

  


Nawet nie drgnęła, gdy wszedł do pokoju. Była tak nafaszerowana środkami uspokajającymi, że trochę jakby tu była ciałem, ale niekoniecznie duchem. Była tak otępiała, tak przygnieciona tym wszystkim, co się stało… to ją przerosło. Spojrzała na Riggsa dopiero, gdy się odezwał. Ba! Dopiero zdała sobie sprawę z jego obecności, gdy się odezwał. Przyglądała mu się i nie wiedziała, co powinna czuć. Powinna być wściekła? Czy niekoniecznie? Może powinna znowu się rozpłakać? Czuła gulę w gardle, ale chyba nie miała już czym płakać. Patrzyła więc na niego, trochę nieobecna… zastanawiając się nad tym jaką mogliby mieć przyszłość, co by było gdyby. Ale no cóż – Nie ma – odpowiedziała w końcu, zachrypnięta, słaba, praktycznie ledwie ją można było usłyszeć. Odsunęła od niego wzrok, opuściła go na swoje dłonie i zaczęła nerwowo skubać szpitalną opaskę. Co miała mu jeszcze powiedzieć? Że nie odbierał telefonu, gdy ich dziecko umierało? Nie chciała tego robić. Nie chciała tego mówić na głos, bo jeszcze sama by w to uwierzyła i mogłaby go znienawidzić, a to byłoby najgorsze uczucie na świecie. Kochała go, nie mogła go nienawidzić. Nie chciała też szukać winnych, po co komu takie polowanie na czarownice? Po prostu się nie udało – Nie ma. – powtórzyła – Zaczęło się za wcześnie, a lekarze nie mieli kiedy zareagować, za późno dotarłam do szpitala. – wyjaśniła – Była taka malutka… niewiele większa od mojej dłoni, a później mi ją zabrali i… nie ma. – znowu poczuła jak łzy nachodzą jej do oczu, więc otarła policzek i znowu odwróciła wzrok w kierunku okna. Wpatrywała się w nie przez dłuższą chwilę nic nie mówić – Twój problem się rozwiązał, Riggs. Możesz spokojnie wrócić do rodziny. – rzuciła zagryzając wargę i walcząc z kolejną falą łez. Nie mogła się tak rozklejać, to nie miało najmniejszego sensu. W czym miało pomóc? Oprócz tego oczywiście, że czuła się jakby przejechał ją walec, no i cóż… prawdopodobnie był to najgorszy dzień w jej życiu.
_________________
[Profil]
 
Nick: miss.
Multi: Ever
 
Theodore Riggs






White Oak od zawsze
bob budowniczy
he looks at her like he just realized what love is

Wysłany: 2018-11-04, 23:44   
  

  
I think we deserve a soft epilogue, my love. We are good people and we've suffered enough
Theodore Riggs

  
  
  
  
  
  
29

  


Schował twarz w dłonie, gdy usłyszał jej słowa. Przecież tego się spodziewał. Znał odpowiedź na te pytanie, ale słowa te wypowiedziane na głos sprawiły, że uświadomił sobie co się stało.
Wiadomość o ciąży Jenny była dla niego szokiem. Nic nie było tak jak być powinno. Relacje jakie ich łączyły, sposób w jaki do tego wszystkiego doszło. Przez moment skomplikowało mu to życie, ale potrzebował czasu, żeby się z tym oswoić. Potrzebował czasu na to, żeby uświadomić sobie że będzie miał córkę i gdy zaakceptował już tą informację przestał się tym zamartwiać. Wszystko było nie tak jak powinno, ale wiedział że jakoś to będzie, bo najważniejsze z tego wszystkiego było, że za kilka miesięcy na świat przyjdzie dziecko, którego nie miał zamiaru porzucać. Chciał być ojcem dla tej małej istotki. Wychowywać ją, brać udział w jej wychowaniu. Zaczynał myśleć o tym jaka będzie. Wyczekiwać ich narodzin.
Teraz doszło do niego, że to się nie stanie. Że jego córka nie żyje i nigdy nie doświadczy tego na jaką osobę wyrośnie. Nikt nie odpowie mu na pytanie czy odziedziczy po rodzicach ośli upór, z którym będą się mordować gdy wejdzie w okres buntu. Czy będzie taką zosią samosią jak Jenna? Czy też będzie przypominać ojca w swoim wiecznym roztargnieniu. Nie będzie musiał przekonywać Seaver na nadanie jej imienia Cordelia, bo przecież… Nikt już nie będzie używał jej imienia, bo zniknie. Zostanie tylko wspomnieniem. Historią z życia jej rodziców. Mieliśmy dziecko, które się narodziło.
Nie nosił jej pod sercem jak Jenna, a jednak już teraz czuł się jak ojciec. Ojciec, który stracił dziecko.
Jakąś częścią siebie nie chciał, żeby mu o tym opowiadała. Nie chciał słuchać tego, że była taka malutka. Oczywiście, że była! Miała przyjść na świat dopiero za jakiś czas. Wszystko miało być w porządku. Wszystko było w porządku, aż do momentu gdy nie było.
Przetarł energicznie twarz, spoglądając w końcu na Jennę. Słyszał jak załamał się jej głos i wyciągnął rękę, by ścisnąć jej dłoń. Oboje cierpieli. Nie ważne co było między nimi. Nie ważne jak wszystko epicko się spierdoliło. To nie był moment na złość, obwinianie się za rozpadnięcie się ich związku. Ich dziecko nie żyło. W takim momencie to wszystko wydawało się być tak bardzo nie ważne.
Zabrał dłoń dopiero, gdy usłyszał jej kolejne słowa. Zabolały. W świetle ostatnich wydarzeń jeszcze bardziej niż mogły wypowiedziane w innych okolicznościach. Nie potrafił się nawet wściec. Chociaż chciał. Tak by było łatwiej. W końcu to ona miała opiekować się teraz ich małą dziewczynką. Jeszcze przez kilka tygodni. Ona była za nią odpowiedzialna. Nie potrafił jednak jej w tym momencie obwiniać. To byłoby głupie, nierozsądne i okrutne. - Przestań. - powiedział. - To nie był dla problem. Chciałem jej tak samo jak ty. - mruknął cicho. - Ona też jest moją rodziną. - I cóż. Poniekąd Jenna też nią była. Była matką jego dziecka. I.. Cholera jasna znali się tak wiele lat. Praktycznie od dziecka. Wychowywali się razem, dorastali. Przyjaźnili, kochali. Mógł ją znienawidzić za odejście bez słowa, ale nie zmieniało to ich wspólnej przeszłości. Mogli nie chcieć na siebie patrzeć, ale nie dało się usunąć tego z ich życiorysów. Byli rodziną. W jakiś pokrętny sposób wciąż nią byli.
[Profil]
 
Nick: Iza
Multi: Jane Wallace
 
Jenna Seaver






od zawsze w WO
prowadzi kawiarnię po babci
i szykuje się do samotnego macierzyństwa

Wysłany: 2018-11-08, 22:12   
  

  
...
Jenna Seaver

  
  
  
  
  
  
28

  


Była zwyczajnie nieszczęśliwa. Zmęczona, obolała, przerażona i tak bardzo smutna, że chyba jeszcze nigdy nie była w takim stanie. Traciła bliskich. Praktycznie nie pamiętała rodziców, którzy odeszli, gdy była dzieciakiem. Więc straciła ich. Parę lat temu straciła jedną z najważniejszych osób w jej życiu, czyli ukochaną babcię, która ją dzielnie wychowywała i chyba wyszło jej to całkiem nieźle. Bardzo mocno przeżyła jej śmierć, chociaż miała czas się na nią przygotować, bo choroba jednak trochę życia im zabrała. Różni ludzie w jej życiu pojawiali się i odchodzili, zostawiając ją ze złamanym sercem. Nawet sam Riggs to robił. Gdy wyjeżdżał do wojska raz i drugi, a w końcu, gdy wróciła jego była i zaczęli się od siebie oddalać. Poczuła się zwyczajnie porzucona. Chciała to jakoś naprawić, naprawdę wierzyła, że im się uda, próbowała… ale dalej czuła się porzucona. Najgorsze uczucie na świecie. A przynajmniej tak jej się do tej pory wydawało. Gdy dowiedziała się, że jest w ciąży jej życie stanęło na głowie. Musiała je całkowicie podporządkować tej myśli, że zostanie mamą i musiała robić wszystko, żeby ta istotka miała dobre życie. Chciała przy tym Riggsa, może jakaś tam cząstka, jakiś głosik z tyłu podpowiadał jej, że znowu mają szansę, ale nie. Nie zamierzała walczyć o czyjąś uwagę, zabiegać o względy. Nawet jeśli tego człowieka kochała. Priorytetem stała się jej córka. Wiedziała, że zrobi wszystko, żeby być najlepszą mamą na świecie. Chciała nią być. Zdążyła się już na to przygotować i pogodzić z tą myślą, że będzie samotną mamą. Ale ona miałaby nie dać rady? Oczywiście, że by dała. Gdyby tylko było jej dane. Zapytali, czy chce ją wziąć na ręce, wiedzieli że nie ma dla niej ratunku i pozwolili jej potrzymać to maleństwo w ramionach. To totalnie ją złamało. Jeśli wcześniej myślała, że było to „najgorsze uczucie na świecie” to nie. Nic się nie równało z tym bólem, który odczuwa się po stracie dziecka. Nie miała siły i głowy na uprzejmości. I tak ugryzła się w język, żeby nie wykrzyczeć mu, że to przez niego. Że obiecał odbierać telefony, że miał jej pomoc, że miał być zaangażowany. Nie chciała się w to bawić, bo po pierwsze wiedziała, że to okrutne, a po drugie zraniłaby bardziej siebie niż jego. Dość miała jakiejkolwiek walki, przepychanek słownych i całego tego burdelu. Riggs mógł wracać do swojej dziewczyny. Nie musiał się o nią martwić, to co ich ostatnio łączyło przestało istnieć. Wieloletnia przyjaźń i miłość? Od dawna miała wrażenie, że to dla niego już nic nie znaczy, więc znowu – nie narzucała się. Bo po co miałaby to robić, żeby znowu poczuć się odrzuconą. Od jakiegoś czasu unikała konfrontacji. Dzisiaj? Nie mogła uwierzyć w jego słowa. Patrzyła na niego, słyszała, co mówił… ale jakoś nie potrafiła mu zaufać i uwierzyć. Pokręciła lekko głową. Była, jego rodziną – Chcę ją pochować z moja babcią. Pytali mnie o imię, do dokumentów… w głowie miałam tylko tą twoją Cordelię. – której nie chciała, która jej się nie podobała, ale pamiętała, że Riggs o niej wspomniał podczas jednej z wizyt lekarskich i tylko to pojawiło jej się w głowie, gdy pielęgniarka próbowała wyciągnąć od niej jakiekolwiek sensowne odpowiedzi przez łzy i atak histerii. I teraz też… wydawało się, że powiedziała to całkiem normalnie, rzeczowo. A zaraz po tym się rozpłakała, autentycznie w ciągu ułamka sekundy dostała ataku histerii.
_________________
[Profil]
 
Nick: miss.
Multi: Ever
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Image Map
FORUM PRZYSTOSOWANE DO PRZEGLĄDARKI CHROME
Strona wygenerowana w 0,16 sekundy. Zapytań do SQL: 7